
Czy można mówić o etycznej turystyce, gdy w grę wchodzą zwierzęta?
Refleksyjna opowieść o słoniach w Kambodży i zmianie, jaka zachodzi w podejściu do ich obecności w turystyce. Od kulturowego znaczenia i trudnej historii pracy ze słoniami, po nowe modele odpowiedzialnej turystyki na przykładzie Kulen Elephant Forest — miejsca, które stawia dobro zwierząt ponad ich wykorzystanie.
NOWYAZJAO ŻYCIU
6/30/20269 min read
Od dawna mam w sobie pewien niepokój związany z tym, co nazywamy „etyczną turystyką” w kontekście zwierząt. I jako osoba aktywna w branży turystycznej często zadaję sobie pytanie, czy w ogóle da się pogodzić podróżowanie i dobro zwierząt w jednym zdaniu — bez uproszczeń, bez marketingowych haseł i bez poczucia, że przymykamy oko na coś niewygodnego.
Bo kiedy patrzy się na to, jak wygląda turystyka oparta na zwierzętach, bardzo szybko widać dwa równoległe światy. Z jednej strony są piękne zdjęcia na Instagramie — ludzie kąpiący się ze słoniami, karmiący je w „sanktuariach”, uśmiechy, bliskość, egzotyka. Z drugiej strony od lat i coraz głośniej przebijają się historie, które burzą ten obraz: zwierzęta przywiązane łańcuchami, wyczerpane wielogodzinną pracą, „świątynie tygrysów”, które w rzeczywistości są miejscami masowej eksploatacji, czy atrakcje, które pod przykrywką edukacji oferują przede wszystkim rozrywkę.
I im więcej się tego widzi, tym trudniej nie zadać sobie pytania: gdzie w tym wszystkim kończy się etyka, a zaczyna wygoda naszego podróżniczego doświadczenia?
Przez lata próbowałam trzymać się od takich miejsc z daleka. Świadomie omijałam atrakcje, w których zwierzęta były elementem turystyki. Po moich ostatnich wyprawach do Kambodży, kiedy zaczęłam dzielić się zdjęciami i relacjami, dostałam kilka wiadomości od osób, które dobrze mnie znają i od dawna śledzą moje podróże. Zaskoczyło ich, że widzą mnie w miejscu określanym jako „sanktuarium słoni”. Pytali, czy to nie stoi w sprzeczności z moimi wartościami. Co się zmieniło?
W moim postrzeganiu tego problemu nie zmieniło się absolutnie nic. Odkryłam jednak, że w krajach najbardziej dotkniętych tym problemem następuje wyraźna zmiana i powstają organizacje próbujące na ten problem odpowiedzieć. Potrzeba głębszego zrozumienia tematu i zwykły research, doprowadziły mnie do miejsc takich jak Kulen Elephant Forest — instytucji, która nie udaje, że problem turystyki opartej na zwierzętach nie istnieje, tylko próbuje się z nim zmierzyć w praktyce. Takie miejsca tworzą pomost między tym, co turystyka daje nam w kontekście obcowania z egzotyką i zwierzętami w podróży, a tym, co można jeszcze nazwać podejściem etycznym — takim, które nie pozostawia blizn.
Żeby jednak zrozumieć, dlaczego takie miejsca są potrzebne i dlaczego etyka w branży turystycznej w przypadku słoni jest tak istotna, trzeba cofnąć się o krok i spojrzeć szerzej na ich historię.
Słonie w Kambodży
Słonie są częścią historii Kambodży. To potężne i dzikie zwierzęta, ale też realni towarzysze w życiu mieszkańców. W czasach Imperium Khmerów wykorzystywano je przy budowie świątyń Angkoru. Transportowały ciężkie materiały, pracowały w lesie, pomagały tam, gdzie wątły człowiek nie radził sobie sam. Były obecne na wojnach i w ceremoniach królewskich. Symbolizowały siłę, prestiż i stabilność.
W wielu regionach, szczególnie tych, które były pozbawione bezpośredniego dostępu do lasów, słonie przez pokolenia żyły i pracowały razem z ludźmi. Często bardzo blisko — nie jako „atrakcja”, ale część codzienności. W tamtym kontekście kulturowym wspólne życie ludzi i słoni miało zupełnie inny wymiar.
Chcąc zobrazować na czym polega problem w Kambodży, trudno nie spojrzeć na sąsiednią Tajlandię. To właśnie tam turystyka oparta na słoniach rozwinęła się znacznie wcześniej. W regionach takich jak Chiang Mai czy Phuket przez dekady jednym z głównych „doświadczeń turystycznych” były przejażdżki na słoniach, pokazy oraz atrakcje oparte na bezpośrednim kontakcie ze zwierzętami. To właśnie w Tajlandii po raz pierwszy zetknęłam się z tym, co w turystyce ze zwierzętami najbardziej zostaje w pamięci. I nie jest to obraz egzotycznej sielanki, ale to, co dzieje się poza kadrem — zmęczenie zwierząt, ich podporządkowanie rytmowi turystyki i system, który przedkłada jej szybki rozwój ponad wszelki dobrostan.
W Kambodży sytuacja wygląda trochę inaczej, choćby ze względu skalę. Jest znacznie mniejsza, ale problem równie istotny. Szacuje się, że w kraju żyje już tylko niewielka populacja dzikich słoni azjatyckich — prawdopodobnie kilkaset osobników, głównie w odizolowanych obszarach leśnych na wschodzie i północno-wschodnich prowincjach, takich jak Mondulkiri czy Ratanakiri. To tam znajdują dziś ostatnie względnie naturalne siedliska. Reszta słoni w kraju przez lata funkcjonowała poza środowiskiem naturalnym — w pracy, przy transporcie, a później także w turystyce.
Wraz z rozwojem turystyki w Kambodży słonie zaczęły pojawiać się w miejscach odwiedzanych przez podróżników z całego świata — szczególnie w okolicach Angkor Wat, gdzie przejażdżki na słoniach stały się jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji regionu. Dla wielu turystów było to „spotkanie z egzotyką”, dla części lokalnych rodzin — sposób na utrzymanie siebie i zwierząt. Warto pamiętać, że utrzymanie słonia to ogromne obciążenie. Zwierzę potrzebuje przestrzeni, stałej opieki i bardzo dużych ilości jedzenia każdego dnia. W realiach ostatnich dekad turystyka była dla wielu mieszkańców Kambodży jedynym stabilnym źródłem dochodu, które pozwalało utrzymać takie zwierzę.
Lekcja wyciągnięta z doświadczeń regionu
Kambodża weszła w turystykę później niż Tajlandia, co paradoksalnie miało duże znaczenie. Niektóre praktyki nie zdążyły się tu tak głęboko utrwalić, a wraz ze wzrostem świadomości wśród podróżników i organizacji zajmujących się ochroną zwierząt, zaczęły się szybciej zmieniać.
Coraz większą rolę zaczęły odgrywać projekty ochronne i sanktuaria, które odchodzą od modelu „atrakcji” na rzecz obserwacji i opieki. Ważnym momentem była też zmiana w samym Siem Reap i wokół kompleksu świątyń Angkor, gdzie stopniowo odchodzono od przejażdżek na słoniach, ostatecznie zakazując ich całkiem w 2019 roku.
To właśnie ten proces sprawił, że dziś Kambodża nie powiela już w pełni modelu sąsiadów, tylko szuka własnej drogi — wolniejszej, ale bardziej świadomej.
I w tym właśnie kontekście zaczynają pojawiać się miejsca takie jak Kulen Elephant Forest.




Sanktuarium słoni Kulen Elephant Forest
Kulen Elephant Forest znajduje się niedaleko Siem Reap, u podnóża Parku Narodowego Phnom Kulen. To projekt, który powstał jako odpowiedź na zmianę podejścia do słoni pracujących wcześniej w turystyce w regionie Angkor. Sanktuarium zostało stworzone, aby zapewnić im coś, czego przez lata nie doświadczyły — przestrzeń, spokój i możliwość życia bez presji pracy dla człowieka.
Obecnie w sanktuarium, na terenie ponad 440 hektarów chronionego lasu, żyje kilkanaście słoni azjatyckich. Każdy z nich ma swoją historię i każdy trafił tu wyczerpany, po latach ciężkiej pracy, która nie miała nic wspólnego z ich naturalnym funkcjonowaniem.
To nie jest miejsce, do którego można po prostu przyjechać. Kulen Elephant Forest nie znajduje się w klasycznym sensie „na mapie turystycznej” Kambodży. Wizyty odbywają się wyłącznie po wcześniejszym umówieniu, w małych grupach, a sam transport organizowany jest wyłącznie przez sanktuarium. To świadoma decyzja — ograniczenie liczby odwiedzających i utrzymanie kontroli nad tym, jak wygląda kontakt ludzi ze zwierzętami. Nie ma tu masowej turystyki ani „przypadkowych przechodniów”.
Samo miejsce działa jako projekt społeczny, silnie związany z lokalną wspólnotą. Daje miejsca pracy mieszkańcom regionu — w tym osobom, które wcześniej pracowały ze słoniami jako opiekunowie (mahoutowie). Dzięki temu zmiana modelu turystyki nie oznaczała całkowitego odcięcia się od ludzi, będących przez lata częścią tego systemu, tylko jego przekształcenie.
Równolegle sanktuarium pełni funkcję miejsca opieki i spokojnej starości dla słoni, które nie są już wykorzystywane do pracy.
Misja Kulen Elephant Forest wykracza jednak daleko poza opiekę nad tymi kilkunastoma zwierzętami. Twórcy projektu chcą wspierać ochronę wszystkich słoni żyjących pod opieką człowieka w Kambodży. Robią to nie tylko poprzez zapewnienie schronienia zwierzętom wymagającym pomocy, ale również edukację, współpracę z lokalnymi społecznościami, wymianę wiedzy z mahoutami oraz promowanie bardziej odpowiedzialnego modelu turystyki.
W planach organizacji znajduje się też stworzenie programu ochrony populacji słoni w Kambodży. To niezwykle ważne, bo w całym kraju żyje już tylko około 75 słoni pozostających pod opieką człowieka, a większość z nich funkcjonuje w niewielkich, odizolowanych od siebie grupach. Bez działań wspierających ich łączenie i rozmnażanie przyszłość tej populacji staje się coraz bardziej niepewna.
Jak wygląda wizyta w sanktuarium?
Wizyta w Kulen Elephant Forest nie przypomina klasycznej atrakcji turystycznej. Spotkanie ze słoniami odbywa się w ich rytmie, nie w rytmie odwiedzających. Przewodnicy opowiadają o historii miejsca, o poszczególnych zwierzętach, o ich wcześniejszym życiu i zwyczajach. Ale równie ważne jak sama opowieść są zasady, które regulują kontakt z nimi.
Nie można im przeszkadzać w codziennych czynnościach. Zamiast tego można im po prostu towarzyszyć — obserwować, jak przemieszczają się przez las, jak zatrzymują się w błocie, jak wybierają własną drogę i własne tempo. I to właśnie ta zasada — brak ingerencji — najbardziej odróżnia to miejsce od wielu innych form turystyki opartej na zwierzętach.
W tej historii są jeszcze mahoutowie, czyli tradycyjni opiekunowie słoni. To oni spędzają ze zwierzętami całe dnie, a opieka nad nimi to nie obowiązek, tylko styl życia.
W wielu rodzinach w Kambodży ten zawód przekazywany był z pokolenia na pokolenie. Opieka nad słoniem nie kończy się po kilku godzinach pracy. To codzienna odpowiedzialność: karmienie, obserwowanie jego zachowania, dbanie o zdrowie, prowadzenie przez las i budowanie z nim relacji opartej na zaufaniu. Mahout zna charakter swojego słonia, potrafi odczytywać jego nastrój, wie, kiedy zwierzę jest zmęczone, zestresowane czy po prostu chce zostać samo. To więź budowana każdego dnia, przez lata, jakiej trudno szukać w innych relacjach człowieka ze zwierzęciem.
Jak widać, zmiana modelu turystyki nie dotyczy wyłącznie samych słoni. Dotyczy również ludzi, którzy od pokoleń z nimi żyją. Dobre sanktuaria nie odsuwają mahoutów od zwierząt, ale dają im możliwość wykonywania tej samej pracy w zupełnie innych warunkach – bez presji przejażdżek, pokazów i zarabiania na każdej kolejnej grupie turystów. To jest zresztą jeden z powodów, dla których Kulen Elephant Forest to miejsce ważne dla dalszej, dobrej zmiany zachodzącej w Kambodży. Pokazuje, że jeśli chcemy poprawić los słoni, musimy zadbać również o ludzi, których życie od pokoleń było z nimi nierozerwalnie związane.
Czy to rozwiązanie idealne?
Nie sądzę.
I pewnie znajdą się osoby, dla których nawet Kulen Elephant Forest będzie zbyt komercyjną formą kontaktu ze zwierzętami. I rozumiem ten punkt widzenia. Bo jeśli mielibyśmy mówić o świecie idealnym, to wszyscy zgodzimy się chyba co do jednego – najlepszym miejscem do obserwowania dzikich zwierząt jest ich naturalne środowisko, z dala od człowieka.
Tyle że rzeczywistość rzadko jest idealna.
W przypadku słoni w Kambodży mówimy o zwierzętach, które przez lata żyły i pracowały z ludźmi. Wiele z nich nie może już po prostu wrócić do lasu i funkcjonować samodzielnie. Potrzebują opieki, ogromnych ilości pożywienia, regularnych badań weterynaryjnych i ludzi, którzy będą o nie dbać do końca ich życia.
A to kosztuje.
Każdy słoń zjada średnio około 200 kilogramów pożywienia dziennie. W Kulen Elephant Forest oznacza to blisko trzy tony świeżych roślin każdego dnia – trawy, liści, pni bananowców czy trzciny cukrowej, dostarczanych przez okoliczne społeczności. Do tego dochodzą pensje dla opiekunów, lekarzy weterynarii, przewodników, kierowców i wszystkich osób, dzięki którym to miejsce może funkcjonować. Sam dochód z biletów nie zawsze pokrywa wszystkie koszty utrzymania sanktuarium, dlatego jego działalność opiera się również na partnerach i darczyńcach.
Dlatego patrzę na takie miejsca nie jak na idealny model, ale jak na etap bardzo potrzebnej zmiany.
Bo Kambodża nie przestanie żyć z turystyki. Wręcz przeciwnie – będzie rozwijać ją jeszcze bardziej. Pytanie brzmi więc nie czy turyści będą chcieli spotykać słonie, ale w jaki sposób będzie to wyglądało za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat.
Jeśli powstają miejsca, które rezygnują z przejażdżek, pokazów i wymuszonych interakcji, uczą turystów szacunku do zwierząt, zapewniają słoniom godną emeryturę, a jednocześnie tworzą miejsca pracy dla lokalnej społeczności, to dla mnie jest to kierunek, który warto wspierać.
Nie dlatego, że jest doskonały.
Ale dlatego, że pokazuje, że etyka w turystyce nie musi być tylko hasłem. Może być procesem. A każda zmiana, która przesuwa granicę choć odrobinę bardziej w stronę dobrostanu zwierząt, jest zmianą, której warto dać szansę.




Zapisz się do listy mailingowej
© 2024. All rights reserved.


