Kambodża 15 lat później. Co zmienił rozwój turystyki?

Kambodża jest dziś znacznie łatwiejsza. Czy przez to trudniej ją odkryć? Co rozwój turystyki zmienił w ciągu ostatnich piętnastu lat, kto na tym zarobił i czy kraj stracił swoją autentyczność? Rozwój turystyki nigdy nie jest dobry lub zły - to zawsze kompromis. Poznaj historię kraju, który nauczył się sztuki kompromisu.

O PODRÓŻACHAZJAO ŻYCIUNOWY

10/3/202611 min read

Kambodża jest dziś łatwiejsza.

Piętnaście lat temu można było przyjechać tu z plecakiem, mapą wydrukowaną na papierze i planem, który kończył się mniej więcej na słowach: „zobaczymy, co będzie”. Dziś jeszcze przed wylotem można kupić eSIM i zarezerwować hotel, a na miejscu zamówić tuk-tuka przez telefon, kupić bilet do Angkor online, pojechać do stolicy klimatyzowanym autobusem i wieczorem zjeść burgera, pizzę albo ramen, jeśli akurat nie ma się ochoty na amok.

To ogromna zmiana.

Często słyszę "Kambodża nie jest już taka, jak kiedyś", "Zrobiło się zbyt turystycznie", "Kambodża traci autentyczność"... choć to wciąż młody turystycznie kraj, daleko w tyle za Tajlandią czy Wietnamem. Ale to nie jest historia pod tytułem „kiedyś było prawdziwie, a dziś jest komercyjnie”. Turystyka zrobiła z Kambodżą rzeczy jednocześnie piękne i trudne. Przyniosła pieniądze, pracę, drogi, hotele, restauracje, lepszy dostęp do świata i nowe możliwości dla ludzi, którzy wcześniej mieli ich bardzo niewiele. Pomogła wypromować kulturę, lokalne produkty i przyrodę. Jednocześnie przyniosła presję na zabytki, środowisko, ziemię i lokalne społeczności. Przyniosła też beton, plastik, korki, nierówności i masową zabudowę.

A gdzieś pomiędzy jednym a drugim kryje się ważne stwierdzenie: Kambodża nauczyła się sztuki kompromisu w rozwoju turystyki.

Liczby pokazują skalę zmiany lepiej niż jakiekolwiek wspomnienie

W 2010 roku Kambodżę odwiedziło 2,51 miliona zagranicznych turystów. W 2019 roku, tuż przed pandemią, było ich już 6,61 miliona. To nie był powolny, niezauważalny wzrost. W niecałą dekadę turystyka stała się jednym z najważniejszych sektorów kambodżańskiej gospodarki.

A potem wszystko się zatrzymało.

W 2021 roku, w czasie pandemii, liczba przyjezdnych spadła poniżej 200 tysięcy. Dla kraju, w którym ogromna część lokalnej gospodarki zdążyła uzależnić się od odwiedzających, był to wstrząs. UNESCO opisuje sytuację Siem Reap wprost: zamknięto co najmniej 100 hoteli i guesthouse'ów, a część mieszkańców musiała wrócić do uprawy i zbierania żywności. Dla ludzi żyjących z turystyki nie był to romantyczny powrót do „prawdziwej Kambodży”, tylko bardzo realny problem z utrzymaniem i krok wstecz, w stronę ubóstwa.

Po pandemii przyszło odbicie.

W 2024 roku Kambodża przyjęła 6,7 miliona zagranicznych turystów, czyli nieco więcej niż w rekordowym 2019 roku. To kraj, który w ciągu piętnastu lat przeszedł nie jedną, ale kilka turystycznych rewolucji.

Angkor zawsze był ikoną.

Kiedy myślę o Kambodży sprzed piętnastu lat, łatwo tworzę jej trochę romantyczny obraz.

Kurz. Skutery. Tuk-tuki. Drewniane guesthouse'y. Tanie piwo. Pleciony hamak. Długie przejazdy autobusami. Internet, który działał wtedy, kiedy akurat miał ochotę. I poczucie, że kraj dopiero zaczyna być odkrywany.

To jednak tylko część prawdy. Ta „turystyczna” Kambodża istniała zawsze, a jej symbole są oczywiste: Siem Reap i Angkor Wat.

Angkor był już wtedy światową ikoną. Siem Reap miało Pub Street, nocne targi, restauracje, spa i całą infrastrukturę zbudowaną wokół ludzi, którzy przyjeżdżali zobaczyć świątynie. Piętnaście lat temu nie przyjeżdżało się więc do „dziewiczej Kambodży”. Turystyka już była, ale jeszcze nie wypełniała całej przestrzeni. Podróżowanie wymagało więcej improwizacji. Informacji było mniej, nie wszystko dało się zarezerwować z wyprzedzeniem, przejazdy trwały dłużej. Nie wszędzie docierały internet, prąd czy dobra droga. Dla podróżnika oznaczało to więcej przygody. Dla mieszkańca zdecydowanie nie.

I to jest ważne, bo łatwo pomylić te dwie rzeczy. To, co było ekscytujące dla backpackera, niekoniecznie było szczytem marzeń i ambicji mieszkańca.

Największy sukces turystyki i jej największy problem

Angkor najlepiej pokazuje cały paradoks kambodżańskiej turystyki. UNESCO ujęło to wprost już w 2012 roku: turystyka jest tu jednocześnie ekonomiczną koniecznością i jednym z największych zagrożeń dla przetrwania całego kompleksu. To właśnie ogromna liczba odwiedzających zagraża miejscu, które wszyscy chcemy zobaczyć.

W 2019 roku kompleks odwiedziło około 2,2 miliona płacących zagranicznych turystów. Rok później, wraz z pandemią, ta liczba spadła o 90 procent. Kiedy turyści zniknęli, Angkor dostał chwilę oddechu.

Można było prowadzić prace konserwacyjne, poprawiać infrastrukturę i zastanowić się, jak zarządzać ruchem odwiedzających. Wszystkie te prace były w rzeczywistości odpowiedzią na bardzo trudne pytanie: jak pokazać milionom ludzi jeden z najważniejszych zabytków Azji i jednocześnie pozwolić mu przetrwać kolejne stulecia?

Dlatego dziś najważniejszym kierunkiem nie jest już zwiększanie liczby odwiedzających, ale wydłużanie ich pobytu i rozpraszanie ruchu. Chodzi o to, żeby podróż nie kończyła się na zobaczeniu Angkor i dalszej drodze do Wietnamu, tylko żeby turysta został i poznał cały kraj. Coraz mocniej promowane są Kampot i Kep, wyspy, Mondulkiri, Ratanakiri, jezioro Tonle Sap, ekoturystyka, turystyka społecznościowa i lokalna kuchnia.

Co Kambodża straciliła?

Najłatwiej powiedzieć: autentyczność. Tylko że słowo „autentyczność” jest zdradliwe.

Czy miejscowość, w której dziecko może chodzić do szkoły dzięki pieniądzom wydanym przez turystów, jest mniej autentyczna niż biedna wieś? Czy lokalna restauracja, która ma menu po angielsku, przestaje być lokalna? Czy hotel prowadzony przez kambodżańską rodzinę od pokoleń stanie się mniej wartościowy kiedy zainstaluje klimatyzację i podniesie standard?

Nie.

Dlatego zamiast pytać, czy Kambodża straciła autentyczność, lepiej zapytać:

czego w Kambodży już nie doświadczymy?

Przede wszystkim tej niepewności. Nie przeżyjemy już wielogodzinnej jazdy po wyboistej drodze tylko dlatego, że innej nie było. Nie będziemy zgadywać, na którym przystanku wysiąść, ani szukać noclegu dopiero po przyjeździe, bo nie ma go w żadnej aplikacji. Na wyspach nie poczujemy, że największym luksusem dnia jest generator, który wieczorem, jakimś cudem zadziałał. I coraz rzadziej poczujemy, że jesteśmy w miejscu, o którym nikt jeszcze nie napisał. Bo tego szukamy, prawda? Miejsc odległych, dziewiczych, zapomnianych. Romantyzujemy izolację, biedę i ubóstwo zapominając, że nieraz to, co nas fascynuje, jest odzwierciedleniem nierówności dzisiejszego świata.

A więc nie doświadczymy już w Kambodży romantycznej niewygody. Bo infrastruktura jest dziś znacznie lepsza. I nie jest to wyłącznie efekt turystyki. Ogromną rolę odegrały też inwestycje publiczne, rozwój gospodarczy i międzynarodowe projekty. Nowe i odnowione drogi skróciły czas przejazdu między regionami, a projekty finansowane między innymi przez Azjatycki Bank Rozwoju od lat poprawiają dostęp do miejscowości turystycznych. Dla turysty oznacza to wygodę. Dla mieszkańca łatwiejszy dojazd do szkoły, szpitala czy na targ.

Ale jest też druga strona. Droga, która przywozi turystów, przywozi również inwestorów. I najbardziej widać to na wybrzeżu Kambodży.

Koh Rong: Kiedy rozwój przychodzi z zewnątrz

Jeśli Angkor pokazuje problem masowej turystyki, wyspy pokazują jej tempo. Piętnaście lat temu Koh Rong było jednym z tych miejsc, o których podróżnicy opowiadali sobie trochę jak o sekretnym raju. Dotarcie tam wymagało więcej czasu i cierpliwości. I właśnie dlatego wyspa była tak atrakcyjna.

Dziś wygląda to inaczej. Rozwijają się drogi, sieć energetyczna i hotele. Koh Rong jest coraz łatwiej dostępne. To oczywiście przynosi korzyści: mieszkańcy mają łatwiejszy dostęp do transportu i usług, pojawia się praca, a wyspa jest mniej odizolowana. Ale ma to swoją cenę. Za łatwym dojazdem idzie (często zagraniczny) kapitał. A wraz z nim zaczyna się walka o ziemię, plażę, widok. Dla części mieszkańców oznacza to utratę kontroli nad ziemią i przestrzenią, która wcześniej była podstawą ich życia. Pojawiają się też pytania o to, gdzie właściwie trafiają pieniądze turystów: do lokalnych rodzin i małych przedsiębiorców czy przede wszystkim do inwestorów, którzy kapitał przywieźli z zewnątrz.

I właśnie tutaj Koh Rong pokazuje ciemniejszą stronę rozwoju turystyki. W przeciwieństwie do miejsc takich jak Siem Reap czy Kampot, gdzie nacisk kładzie się lokalną przedsiębiorczość, rozwój Koh Rong w dużej mierze opiera się na szybkim napływie inwestycji. Ta rozbieżność pokazuje, że turystyka sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. Znaczenie ma przede wszystkim to, jak się rozwija, kto ma nad tym rozwojem kontrolę i kto ostatecznie korzysta z pieniędzy przywożonych przez turystów.

Kto faktycznie na tym zyskuje?

Rozwój turystyki jest nieunikniony, a pandemia pokazała, jak mocno Kambodża się od niej uzależniła. Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: ilu turystów przyjedzie. Brzmi: kto na tym zarobi?

I tu na samym początku warto podkreślić, że to w dużej mierze zależy od nas - podróżujących, bo przecież to my ostatecznie decydujemy gdzie i na co wydajemy nasze pieniądze. Możemy spędzić tydzień leniuchując na wyspie, albo zaplanować ciekawy i wartościowy czas, wspierając lokalne inicjatywy.

W Kambodży prężnie rozwija się tak zwana turystyka społecznościowa. Ministerstwo Turystyki opisuje community-based tourism jako model, w którym biznesem zarządza lokalna społeczność i to ona ma z niego bezpośredni dochód. To duża zmiana w porównaniu z klasycznym modelem, w którym pieniądze trafiają głównie do inwestorów, najczęściej spoza regionu. W modelu społecznościowym zarabia rodzina prowadząca homestay, lokalny przewodnik, rybak, rolnik, rzemieślnik czy mała restauracja.

Dobrym przykładem jest Trapeang Sangke Community-Based Ecotourism niedaleko Kampot. Projekt powstał w 2014 roku wokół ochrony lasów namorzynowych. Mieszkańcy zmagali się z niszczeniem mangrowców i problemami ekonomicznymi, więc zaczęli wykorzystywać turystykę jako jedno ze źródeł finansowania ochrony przyrody. W 2023 roku społeczność otrzymała ASEAN Standard Tourism Community Award - nagrodę przyznawaną w Azji Południowo-Wschodniej miejscom i lokalnym społecznościom, które wyróżniają się wyjątkową gościnnością oraz dbałością o jakość i ekologię.

Innym przykładem są plantacje pieprzu w okolicach Kampot. Historia słynnego pieprzu jest znacznie starsza niż współczesna turystyka. Podróżni nie stworzyli tej tradycji, ale pomagają budować rynek dla czegoś, co od dawna było częścią lokalnej kultury i gospodarki. Wspierają w ten sposób gospodarstwa, które od pokoleń dają pracę khmerskim rodzinom.

Kambodża wyciągnęła też wnioski z błędów sąsiadów w kwestii turystyki opartej na zwierzętach. W Tajlandii przez lata wykorzystywano słonie do przewożenia turystów, a pokazy sztuczek i tak zwane "sanktuaria", służyły przede wszystkim do zarabiania pieniędzy na fotografiach, głaskaniu czy kąpaniu zwierząt. W Kambodży coraz częściej stawia się na obserwację zamiast interakcji, a sanktuaria powstają nie dla turystów, ale naprawdę dla podopiecznych. Przykładem jest Kulen Elephant Forest u podnóża gór Kulen, niedaleko Siem Reap. Słonie, które wcześniej ciężko pracowały, odbywają tu godną emeryturę, a odwiedzający po prostu im towarzyszą i je obserwują, bez przejażdżek, wspólnych kąpieli i pokazów. Nawet w samym Angkor, gdzie przez lata można było przejechać się na słoniu między świątyniami, w 2019 roku całkowicie tego zakazano. To kolejne świadome decyzje, będące próbą ochrony przyrody dzięki turystyce, a nie wykorzystywaniem jej wyłącznie dla zarobku.

Autentyczność.

Wróćmy na koniec do tego słowa, bo to jeden z największych problemów współczesnego podróżowania. Dla jasności - ja również kocham sielski, lokalny klimat, oazy spokoju na dalekiej północy czy bezludne, egzotyczne wyspy. Ale jeśli w XXI wieku autentyczność oznacza dla nas brak klimatyzacji, asfaltu, Wi-Fi i ludzi (w tym turystów), to chyba mylimy ją z biedą i słabą infrastrukturą. Bo świat rozwija się nie zważając na nasze sentymenty, a my powinniśmy pamiętać, że ludzie na całym świecie zasługują na równe szanse — także na wygodę, dobrą drogę do szpitala czy dostęp do internetu.

Prawdziwa utrata autentyczności zaczyna się nie wtedy, gdy kraj rozwija się razem ze swoimi mieszkańcami, ale wtedy, gdy miejsce zostaje całkowicie przebudowane pod oczekiwania odwiedzajacych i staje się produktem dla turysty.

Gdy lokalna społeczność przestaje mieć wpływ na rozwój.

Gdy plaża zostaje podporządkowana resortom.

Gdy tradycja staje się wyłącznie przedstawieniem.

Gdy turysta przyjeżdża już nie do konkretnego kraju, tylko do produktu stworzonego specjalnie dla niego.

Kambodży jako całości wciąż daleko do takiego obrazka. Ucząc się na błędach sąsiadów, próbuje odpowiedzialnie zarządzać turystyką. Rozwijając infrastrukturę, chce wyprowadzić turystów poza Angkor i Siem Reap, a tym samym chronić swoje największe dziedzictwo. Promując takie produkty jak pieprz z Kampot, wzmacnia wartość lokalnego rolnictwa. Rozwijając turystykę społecznościową, sprawia, że pieniądze trafiają bezpośrednio do lokalnych społeczności. A w turystyce związanej ze zwierzętami coraz częściej stawia na obserwację zamiast interakcji.

Nie wszędzie się to udaje. Na Koh Rong czy w Sihanoukville najwyraźniej widać ciemną stronę rozwoju, zwłaszcza tam, gdzie pojawiły się wielkie, zagraniczne inwestycje.

A jednak po piętnastu latach, mimo wszystkich zmian, Kambodża wciąż jest pięknym i autentycznym krajem. Autentycznym, bo to nadal kraj szczerych, ciepłych ludzi i bogatych tradycji. Kraj pełen niezwykłej przyrody, wyjątkowych zabytków i pysznego lokalnego jedzenia. Kraj, który przeszedł długą drogę: od miejsca, które po prostu przyjmowało turystów, do takiego, które próbuje turystyką świadomie zarządzać.

Jak Kambodża będzie wyglądała za kolejnych piętnaście lat? Czy zacznie przypominać Tajlandię albo Wietnam? Czy wyrosną tu metropolie na miarę Bangkoku czy Ho Chi Minh?

Warto tę zmianę obserwować i pamiętać, że jej kierunek zależy także od nas, turystów. Od tego, gdzie śpimy, z kim jedziemy, gdzie jemy i komu zostawiamy pieniądze. Warto świadomie wspierać rozwój kraju, który po latach opresji zasługuje na własną niezależność i tożsamość na turystycznej mapie Azji.

Zapisz się do listy mailingowej

© 2024. All rights reserved.