Zbyt turystycznie? O autentyczności w podróży

Czy miejsce, które odwiedzają tłumy, naprawdę traci autentyczność, czy to raczej my mylimy ją z ciszą, pustym kadrem i biedą? Na przykładach z z własnych podróży zastanawiam się, kiedy turystyka pomaga lokalnym społecznościom, a kiedy zamienia miejsce w produkt. Nie mam gotowej odpowiedzi, ale mam pytania, które zabieram ze sobą w każdą podróż.

NOWYO ŻYCIUO PODRÓŻACHAZJAISLANDIANORWEGIA

10/20/202614 min read

Na parkingu pod Skógafoss stoi kilkanaście autokarów. Między nimi kampery, wypożyczone Dacie i Suzuki, a dalej kolejka do toalety. Wodospad jest dokładnie taki, jak na zdjęciach - imponujący! Sześćdziesiąt metrów białej wody spadającej z bazaltowej krawędzi, tęcza w mgiełce, zielone zbocza po obu stronach. Tyle że na zdjęciach nie było tych wszystkich ludzi w kolorowych kurtkach, którzy stoją przed nim w półkolu i robią dokładnie to samo co ja.

Gdzieś za mną ktoś mówi po angielsku: „Too many tourists” i idzie w stronę schodów, żeby wejść na górę.

Szłyszałam to zdanie w wielu zakątkach świata. Słyszałam je w Reine na Lofotach, w medynie w Marrakeszu, pod piramidami w Gizie, w Siem Reap, na Koh Samui i w urokliwym Hallstadt w Austrii. Słyszałam je też od znajomych, którzy po powrocie z podróży mówią, że jakieś miejsce „straciło autentyczność” i „już nie jest takie jak kiedyś”. I za każdym razem coś we mnie się trochę buntuje. Czy to znaczy, że nie warto było tu przyjechać? Że Skógafoss jest mniej piękny, bo ogląda go więcej osób?

A potem łapię się na tym, że sama czekam dziesięć minut, aż grupa przede mną odejdzie, żeby zrobić zdjęcie z pustym kadrem. Że sama wolę ciszę, puste plaże i szlaki, na których godzinami nie mija się nikogo. Że sama, planując podróż, szukam miejsc „mniej oczywistych”.

Z tej sprzeczności wziął się ten tekst. Myślę, że to rozdarcie zna wielu z nas. „Zbyt turystycznie” mówimy dziś niemal odruchowo, na widok autokaru albo większej grupy ludzi, i częściej jest w tym snobizm niż przemyślana opinia. Rzadko wiemy, jak naprawdę działa turystyka w miejscu, do którego przyjeżdżamy, komu służy i jak moglibyśmy wspierać jej rozsądny rozwój. A przecież od tego zależy, czy z podróży przywieziemy tylko zdjęcia, czy także wiedzę i prawdziwe doświadczenia, i czy po naszym wyjeździe miejscowym zostanie coś więcej niż asfaltowy parking.

Chciałabym, żeby słowa takie jak autentyczność, rozwój czy świadoma turystyka nie były pustymi hasłami, a „zbyt turystycznie” nie zamykało rozmowy, tylko ją otwierało. Nie mam gotowych odpowiedzi. Mam raczej kilka pytań, które zadaję sobie w każdej kolejnej podróży i które Ty możesz zadać sobie.

Podróżnik zawsze przyjeżdża za późno

Tęsknota za autentycznością jest prawie tak stara jak sama turystyka. Już w XIX wieku angielscy podróżnicy narzekali, że Włochy zostały „zepsute” przez innych Anglików, którzy przyjechali tam z przewodnikami w rękach. Każde pokolenie ma swoją wersję tej samej opowieści: trzeba było tu być dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat temu.

Z tej opowieści wyrasta znajomy podział na podróżników i turystów. Podróżnik szuka, turysta konsumuje. Podróżnik rozmawia z miejscowymi, turysta robi sobie z nimi zdjęcie. Siebie widzimy zwykle w roli podróżnika, a turystą jest zawsze ktoś inny, najczęściej ten, kto właśnie wszedł nam w kadr. Ten podział jest wygodny, bo pozwala uczestniczyć w zjawisku i jednocześnie się od niego odciąć. Tylko że z perspektywy mieszkańca Reine czy Siem Reap różnica między nami jest zwykle niewidoczna. Przyjechaliśmy na chwilę, mamy aparat, wydajemy pieniądze i wyjeżdżamy.

Socjolog Dean MacCannell już w latach siedemdziesiątych opisał zjawisko, które nazwał inscenizowaną autentycznością. Pisał, że turysta chce zajrzeć za kulisy, zobaczyć „prawdziwe” życie, a nie to, co przygotowano dla gości. Miejsca, które go przyjmują, odpowiadają więc na to pragnienie i budują kolejne kulisy: „tradycyjną” wioskę, „lokalną” restaurację, „autentyczny” pokaz tańca. Im bardziej szukamy prawdy, tym staranniej się ją dla nas aranżuje.

To spostrzeżenie ma już pół wieku, a brzmi, jakby ktoś napisał je wczoraj, przeglądając Instagram. I prowadzi do niewygodnego pytania. Może autentyczność, której szukamy, nie jest cechą miejsca, tylko naszym oczekiwaniem wobec niego?

Kadr bez ludzi

Jest takie miejsce na Lofotach, między Hamnøy a Reine, gdzie droga biegnie po niskim moście nad wodą. Z jednej strony widok na czerwone domki rorbu na palach, z drugiej ostre szczyty wyrastające prosto z morza. To jeden z najczęściej fotografowanych widoków w Norwegii.

Na tym moście zwykle stoi rząd statywów. Ludzie z różnych krajów, w podobnych kurtkach, ustawiają się ramię w ramię, żeby złapać ten sam kadr. Na żadnym ze zdjęć, które potem trafią do sieci, nie będzie ani jednego z nich. Będzie pustka, cisza i wrażenie końca świata.

Myślę, że wiele naszych wyobrażeń o autentyczności rodzi się właśnie tutaj, w kadrze. Fotografia podróżnicza od dawna sprzedaje nam pustą przestrzeń jako dowód prawdziwego doświadczenia. Wodospad bez ludzi wydaje się bardziej dziki. Świątynia bez ludzi wydaje się bardziej święta. Wioska, w której są tylko miejscowi, wydaje się bardziej „prawdziwa”. A potem przyjeżdżamy na miejsce i zderzamy się z rzeczywistością, którą inni starannie wykadrowali.

Nie zamierzam udawać, że jestem ponad to. Lubię zdjęcia, na których jest natura, zabytki i ludzie, którzy tam żyją, a nie tłum obcych mi przyjezdnych - innych fotografii na tym blogu nie znajdziesz. Wstaję o świcie, żeby być gdzieś przed autokarami. Ale coraz częściej zastanawiam się, czy pusty kadr pokazuje miejsce takim, jakie jest, czy takim, jakim chciałabym je widzieć. I czy zdjęcie, na którym nie ma ani jednej obcej osoby, nie jest w pewnym sensie najmniej autentycznym zdjęciem, jakie można dziś przywieźć z Lofotów.

Lofoty są zresztą dobrym przykładem tego, że problem nie kończy się na estetyce. Małe rybackie gminy, które przez stulecia żyły z dorsza, w kilkanaście lat stały się jednym z najpopularniejszych kierunków w Skandynawii. Mieszkańcy mówią o zastępach kamperów, braku toalet, śmieciach na plażach i samochodach zaparkowanych na poboczu wąskiej drogi. Jednocześnie to właśnie turystyka sprawia, że w niektórych wioskach wciąż działa sklep, kawiarnia i szkoła, a młodzi mają powód, żeby zostać.

Czyja autentyczność?

Kiedy mówimy, że miejsce straciło autentyczność, prawie zawsze mówimy o własnej perspektywie. Perspektywie kogoś, kto przyjechał na kilka dni i ma określone wyobrażenie o tym, co powinien zobaczyć. Rzadko pytamy, jak to samo miejsce wygląda z drugiej strony.

Najczęściej myślę o tym w kontekście Kambodży. Piętnaście lat temu był to kraj kurzu unoszącego się nad wyboistymi drogami i internetu, który działał, kiedy akurat miał na to ochotę. Dziś bilet do Angkoru kupuje się online, a do stolicy jedzie klimatyzowanym autobusem. Wielu podróżnych mówi, że Kambodża „nie jest już taka jak kiedyś”, tęskniąc za drewnianymi guesthouse'ami, tanim piwem i wielogodzinnymi podróżami tuk-tukiem. Ale czy miasteczko, w którym dziecko może chodzić do szkoły dzięki pieniądzom turystów, jest mniej prawdziwe niż biedna wieś? Czy lokalna restauracja przestaje być lokalna tylko dlatego, że ma menu po angielsku? Czy guesthouse prowadzony od pokoleń przez khmerską rodzinę traci na wartości, kiedy pojawia się w nim klimatyzacja, a standard rośnie?

Wydaje mi się, że tym, czego w Kambodży już nie doświadczymy, nie jest autentyczność, tylko niepewność i niewygoda. Łatwo za tym tęsknić, kiedy wraca się potem do domu z ciepłą wodą i światłowodem. Romantyzujemy izolację i biedę, a potem błędnie nazywamy je autentycznością, zapominając, że to, co nas w podróży fascynuje, bywa często odbiciem nierówności współczesnego świata. Dla podróżnika brak drogi oznaczał przygodę. Dla mieszkańca oznaczał dłuższą drogę do szpitala.

Najboleśniej pokazała to pandemia. Kiedy turyści zniknęli niemal z dnia na dzień, tysiące ludzi zostały bez pracy, a część mieszkańców Siem Reap wróciła na wieś, do uprawy ryżu i zbierania żywności. Kambodża na chwilę znowu stała się taka, za jaką tęsknią niektórzy podróżnicy: cicha, pusta i „nieodkryta”. Tylko że dla ludzi, którzy tam żyją, ta „autentyczność” oznaczała po prostu powrót do skrajnej biedy, z której dopiero co, ciężką pracą, zdołali się wydostać.

Kambodża pokazuje też, że turystyka potrafi autentyczność wzmacniać. Niedaleko Kampot mieszkańcy wioski Trapeang Sangke prowadzą społecznościowy projekt ekoturystyczny, z którego dochody finansują ochronę zanikających lasów namorzynowych. Zanim projekt powstał, mangrowce wycinano na opał i pod budowę hodowli. Dziś ten sam las jest wart więcej żywy niż ścięty, a mieszkańcy mają powód, żeby go chronić, a nie wycinać. Z kolei słynny pieprz z Kampot uprawiano tu na długo przed przyjazdem pierwszych turystów. Dziś to jednak właśnie oni, kupując go prosto od plantatorów, pomagają tej tradycji przetrwać.

Dla jasności: ja również kocham sielski, lokalny klimat, oazy spokoju na dalekiej północy i bezludne, egzotyczne wyspy. Ale jeśli w XXI wieku autentyczność oznacza dla nas brak klimatyzacji, asfaltu czy ścieżki, wi-fi i przede wszystkim brak ludzi (w tym turystów), to chyba mylimy ją z biedą i marną infrastrukturą. Świat rozwija się bez względu na nasze sentymenty, a ludzie na całym świecie zasługują na równe szanse, więc także na wygodę, porządną drogę do szpitala i dostęp do internetu. Wydaje mi się, że to pomieszanie pojęć jest jednym z największych problemów współczesnego podróżowania.

Podobne przemyślenia wracają do mnie w innych miejscach. Islandia po krachu bankowym w 2008 roku znalazła się w głębokim kryzysie. Pracę straciły tysiące ludzi, a bezrobocie, wcześniej niemal niezauważalne, w krótkim czasie wzrosło kilkukrotnie. Turystyczny boom pomógł gospodarce stanąć na nogi. Po kilku latach to właśnie turystyka stała się największym źródłem dochodów. W niespełna dekadę liczba odwiedzających wzrosła z pół miliona do ponad dwóch milionów rocznie, w kraju, który ma niewiele ponad trzysta tysięcy mieszkańców. Ten sam boom podniósł ceny mieszkań w Reykjaviku i zapełnił parkingi przy wodospadach. Czy Skógafoss sprzed boomu był piękniejszy? Nie. Ale dla wielu Islandczyków to właśnie ten tłum oznaczał pracę, gdy jej brakowało.

Niektórzy mówią, że islandzkie wodospady i doliny były bardziej autentyczne, zanim pojawiły się przy nich drewniane kładki, schody i barierki, że ta infrastruktura zabija naturę. Tylko że Islandzka roślinność jest wyjątkowo delikatna. Mech i niska roślinność na wulkanicznej glebie odrastają dziesiątki lat. Kiedy przechodzą tamtędy tysiące osób, „naturalna ścieżka” szybko zmienia się w błotnisty rów. Gdy ludzie zaczynają go obchodzić, rów się poszerza, a zadeptany pas rośnie z każdym sezonem. Kładka jest sztuczna, to prawda. Ale to dzięki niej reszta doliny wciąż może pozostać dzika.

Kiedy miejsce staje się produktem

A jednak nie da się uczciwie powiedzieć, że wszystkie obawy o autentyczność są wyłącznie snobizmem. Są miejsca, w których coś naprawdę się kończy. Nie wtedy, gdy przyjeżdża więcej ludzi, tylko wtedy, gdy samo miejsce zaczyna być budowane wyłącznie z myślą o nich.

Wyraźnie widzę to na kambodżańskim wybrzeżu. Piętnaście lat temu o Koh Rong podróżnicy opowiadali sobie jak o sekretnym raju, do którego dotarcie wymagało nie lada cierpliwości. Dziś powstają tam nowe drogi, sieć energetyczna oraz kolejne hotele i resorty, a za wygodnym dojazdem idzie kapitał, często zagraniczny. Zaczyna się rywalizacja o ziemię, o plażę, o widok. Część mieszkańców traci kontrolę nad przestrzenią, która przez pokolenia była podstawą ich życia, a pieniądze turystów w dużej mierze trafiają do inwestorów spoza wyspy. Jeszcze wyraźniej widać to w pobliskim Sihanoukville, gdzie senne nadmorskie miasteczko w kilka lat zamieniło się w miejską dżunglę wieżowców finansowanych głównie przez chińskich inwestorów. I nie chodzi o to, że w mieście pojawiły się tłumy, tylko o to, kto zdecydował o kierunku rozwoju tego miejsca i kto na nim zarabia.

W Tajlandii przez lata kwitła turystyka oparta na zwierzętach: przejażdżki na słoniach, pokazy sztuczek, a potem tak zwane "sanktuaria", z których większość służyła przede wszystkim zarabianiu pieniędzy na fotografiach i wspólnych kąpielach, a nie na faktycznej opiece nad zwierzętami. Na północy kraju są też wioski kobiet z plemienia Kayan, nazywanych „długoszyimi” ze względu na mosiężne obręcze na szyjach. Wiele z nich to uchodźczynie z Birmy albo ich potomkinie, z ograniczonymi prawami i ograniczoną możliwością wyjazdu. Turysta płaci za wejście, robi zdjęcie i odjeżdża, a kobiety zostają z ciężkimi obręczami, które stopniowo spychają w dół ich obojczyki i żebra. To widowisko nie ma nic wspólnego z tajską tradycją, a dla nich bywa trwałą zmianą w ciele i obciążeniem dla zdrowia. Organizacje praw człowieka od lat nazywają niektóre z tych wiosek „ludzkimi zoo”. W obu przypadkach to, co oglądamy, istnieje w dużej mierze wyłącznie dlatego, że my chcemy to oglądać.

W Europie mamy własne przykłady. Hallstatt w Austrii zamieszkuje na stałe około 700 mieszkańców, a w szczycie sezonu odwiedza je nawet dziesięć tysięcy osób dziennie, ponad milion rocznie. Jest tak rozpoznawalne, że w Chinach zbudowano jego kopię. Na ciasnych, tarasowych uliczkach turyści zaglądają mieszkańcom w okna i wchodzą do prywatnych ogrodów w poszukiwaniu idealnego kadru. Mieszkańcy protestują i stawiają wysokie płoty wpływając tym samym na zmiany w architekturze miasta. Zwykłe sklepy i lokalne usługi ustępują miejsca pamiątkom i fast foodom, ceny mieszkań rosną, a młodzi wyprowadzają się, bo w takim miejscu trudno normalnie żyć i założyć rodzinę. Włoska Wenecja natomiast wprowadziła opłatę za wstęp dla jednodniowych gości, a liczba osób, które w niej na stałe mieszkają, od dziesięcioleci spada. Te miasta wciąż są piękne. Pytanie brzmi raczej, czy dla kogoś jeszcze są domem, czy już tylko skansenem.

Nie trzeba zresztą jeździć daleko. Wystarczy przejść się Krupówkami w Zakopanem. Kultura góralska jest prawdziwa i wciąż żywa: w gwarze, muzyce, architekturze, w rodzinach, które od pokoleń mieszkają pod Tatrami. Ale na samym deptaku trudno ją odnaleźć pomiędzy budkami z chińskimi pamiątkami, karuzelami i przebranymi postaciami z bajek. Oscypek bywa tu podrabiany, a góralski strój częściej służy za kostium do zdjęcia niż za strój odświętny. Pod Tatrami wciąż toczy się zwyczajne życie, tylko trzeba zejść z deptaka, żeby je zobaczyć. To chyba najlepszy przykład tego, jak blisko siebie mogą leżeć tradycja i jej inscenizacja.

Prawdziwa utrata autentyczności zaczyna się więc nie wtedy, gdy miejsce rozwija się razem ze swoimi mieszkańcami, ale wtedy, gdy miejsce zostaje całkowicie przebudowane pod oczekiwania odwiedzających i staje się produktem.

Gdy lokalna społeczność traci wpływ na to, jak się rozwija.

Gdy plaża zostaje podporządkowana resortom.

Gdy tradycja staje się wyłącznie przedstawieniem.

Gdy turysta nie przyjeżdża już do kraju, tylko do produktu stworzonego specjalnie dla niego.

Może właśnie tu przebiega granica, której szukam. Nie między miejscami zatłoczonymi i pustymi, ale między takimi, które rozwijają się razem ze swoimi mieszkańcami, a takimi, z których mieszkańcy stopniowo znikają, zostawiając po sobie dekorację.

Podróżować świadomie, czyli jak?

Słuchając wypowiedzi niektórych instagramowych podróżników można wywnioskować, że świadome podróżowanie to po prostu omijanie miejsc turystycznych. Jeśli wszyscy jadą do Reine, jedź na Vesterålen. Jeśli wszyscy jadą do Marrakeszu, jedź w góry Atlas. Jeśli wszyscy jadą na Phi Phi, poszukaj wyspy, o której nikt jeszcze nie pisał. Tylko że omijanie wszystkiego, co popularne, to też rodzaj snobizmu. Skógafoss, Angkor Wat czy piramidy w Gizie są sławne nie przez przypadek. Są niezwykłe, a rezygnowanie z nich tylko dlatego, że wraz ze mną ogląda je ktoś jeszcze, wydaje mi się dziwną formą kary dla samej siebie.

Dlatego coraz częściej myślę o świadomym podróżowaniu nie jako o liście zakazanych miejsc, ale jako o zestawie pytań, które zadaję sobie po drodze:

Kto prowadzi miejsce, w którym śpię? Rodzina z okolicy czy sieć, której właściciel mieszka na drugim końcu świata?
Gdzie trafią pieniądze, które zostawię za obiad, przewodnika albo pamiątkę?
Czy to, co oglądam, istniałoby także wtedy, gdybym nie przyjechała? Czy pokaz tańca, festiwal albo targ są częścią życia mieszkańców, czy tylko dekoracją dla gości?
Czy zwierzę, z którym mogę zrobić sobie zdjęcie, jest zaopiekowane, czy pracuje do utraty sił?
Czy mieszkańcy mają wpływ na to, jak rozwija się turystyka w ich okolicy?

Na wiele z tych pytań nie da się odpowiedzieć z pewnością. Nie zawsze wiem, kto jest właścicielem guesthouse'u, a „lokalna” restauracja czasem okazuje się franczyzą. Bywa też, że wybieram wygodę, bo jestem zmęczona albo bo tak jest taniej. Nie jestem idealną podróżniczką i chyba nikt nie jest.

Może jednak nie o idealne odpowiedzi tu chodzi. Świadoma turystyka nie zaczyna się od listy zasad, tylko od listy dobrych pytań. Każde takie pytanie prowadzi do małej decyzji, a od decyzji tysięcy podróżnych zależy kierunek, w którym rozwija się turystyka danego regionu. Dlatego zamiast „czy tu jest zbyt turystycznie?” lepiej zapytać: „komu służy ta turystyka?” i wybierać te doświadczenia, które pozwalają lokalnym tradycjom i przyrodzie przetrwać, nie tworząc inscenizacji wyłącznie dla nas.

Pod wodospadem

Wracam myślami pod Skógafoss. Do parkingu, autokarów i człowieka, którego zniesmaczyła liczba odwiedzających. Być może kiedyś było tu ciszej i bardziej dziko, ale wodospad niezmiennie jest cudem natury i wciąż spada z tej samej bazaltowej krawędzi, a tłum, który mu się przygląda, daje pracę ludziom z okolicy. „Kiedyś” często wydaje się piękniejsze, bo patrzymy na nie przez sentyment i tęsknotę za tym, co minęło. Ale to, czy warto było tu przyjechać, nie zależy od tego, ilu ludzi stoi obok, tylko od tego, co sami z tej podróży zabierzemy i co po sobie zostawimy.

Czym więc jest dla mnie autentyczność? Na pewno nie brakiem asfaltu, internetu ani innych ludzi. Nie jest nią też zatrzymanie rozwoju, czyli brak nowych technologii, lepszego dostępu do lekarza czy większej ilości pieniędzy w portfelach mieszkańców. Autentyczność to dla mnie tradycja, która trwa pomimo zmian. Natura, która zachowuje swój rytm mimo upływu czasu. I społeczność, która sama nadaje kierunek rozwojowi, bo zatrzymać się go nie da. Dlatego chyba nie uwiera mnie już autokar pod wodospadem. Uwiera mnie za to mała, niegdyś rybacka wioska przerobiona na kurort, w którym dawni rybacy są już tylko pracownikami hoteli, a zyski z ich pracy zamiast do lokalnej społeczności trafiają do zagranicznych inwestorów. Uwiera mnie, kiedy na ludziach i zwierzętach zarabia się bez szacunku dla ich dobra, a turysta płaci za coś, co przy bliższym spojrzeniu przestaje być atrakcją, a staje się krzywdą.

Może więc pierwszym krokiem do świadomego podróżowania jest akceptacja. Akceptacja tego, że świat się zmienia, a miejsca, które kochamy, nie będą na nas czekać w niezmienionej formie. Tego, że inni też mają prawo je zobaczyć, a my sami jesteśmy częścią tłumu, na który narzekamy. I tego, że ludzie, którzy tam żyją, mają prawo chcieć więcej, niż my chcielibyśmy dla nich zachować. Akceptacja nie oznacza obojętności. Oznacza raczej, że zamiast opłakiwać to, co minęło, możemy uważniej przyglądać się temu, co powstaje, i wspierać to, co w tej zmianie dobre. Bo choć sami nie zatrzymamy zmian, każdym świadomie wydanym groszem możemy wybierać, kogo w nich wspieramy.

Każdy z nas może być jednocześnie podróżnikiem i turystą. Może odnaleźć i zakochać się się w dolinie, o której nie pisze żaden przewodnik, i tego samego tygodnia stanąć w tłumie pod najsłynniejszym wodospadem kraju. Obie te formy podróżowania są właściwe i obie potrafią zachwycić. Obie wymagają jednak od nas coraz większej uważności. W świecie, w którym podróżować może coraz więcej ludzi, autentyczność przestaje być czymś, co się znajduje. Staje się czymś, o co trzeba dbać, także wtedy, gdy jest się tylko gościem "na chwilę".

Zostaję więc z pytaniami. Czy da się kochać ciszę i jednocześnie życzyć innym miejscom rozwoju, który tę ciszę nieuchronnie zakłóci? Czy to, że chcę zobaczyć świat „takim, jaki jest”, nie oznacza w gruncie rzeczy, że chcę, żeby zatrzymał się w miejscu specjalnie dla mnie? Kto ma prawo decydować, kiedy miejsce jest „zbyt turystyczne”: ci, którzy przyjeżdżają na chwilę, czy ci, którzy zostają, kiedy ostatni autokar odjeżdża?

Źródła

  • James Buzard, The Beaten Track: European Tourism, Literature, and the Ways to Culture, 1800–1918, Oxford University Press, 1993.

  • Charles Lever (jako Cornelius O'Dowd), felieton o wycieczkach Thomasa Cooka do Włoch, „Blackwood's Edinburgh Magazine”, 1865.

  • Dean MacCannell, Staged Authenticity: Arrangements of Social Space in Tourist Settings, „American Journal of Sociology”, t. 79, nr 3, 1973.

  • Dean MacCannell, The Tourist: A New Theory of the Leisure Class, Schocken Books, 1976.

Zapisz się do listy mailingowej

© 2024. All rights reserved.